„Przez dziesięciolecia: Trzecie dziesięciolecie” – Józef Raczko


Trzecie dziesięciolecie


Wydawało nam się, że weszliśmy na spokojne, normalne tory. Ale znów nadchodziły dla
wszystkich ciężkie czasy kryzysu światowego 1929-1933. W Polsce, powiązanej mocno z kapitałem zagranicznym, jakiekolwiek drgania w koniunkturze światowej bardzo szybko odbijały się ujemnie. Przerywano coraz więcej inwestycji. Nasza fabryka otrzymywała coraz
mniej zamówień, a robienie na magazyn byłoby trochę niebezpieczne.

Już przy rozpoczynającym się kryzysie udało mi się za zgodą dyrekcji wyskoczyć na
krótkie parotygodniowe praktyki do dwóch zakładów. Pierwszą odbyłem w narzędziowni
Zakładów Przemysłowo-Handlowych Władysława Paschalskiego przy ulicy Żytniej. Drugą — w Fabryce Broni w Radomiu.


 

Turbina parowa stosowana do napędu wirowych pomp zasilających skonstruowana i produkowana w Zakładach Mechanicznych inż. Stefana Twardowskiego

Turbina parowa stosowana do napędu wirowych pomp zasilających skonstruowana i produkowana w Zakładach Mechanicznych inż. Stefana Twardowskiego.


Paschalski był dobrym znajomym inżyniera Twardowskiego, a moim dobrym znajomym
był dyrektor naczelny Fabryki Broni w Radomiu — inż. Tadeusz Graff. Był w Warszawie dyrektorem Państwowej Wytwórni Aparatów Telegraficznych i Telefonicznych (popularna Dzwonkowa na Grochowskiej). Na dodatek w narzędziowni majstrem był też mój znajomy. Toteż w Radomiu z niczym nie miałem kłopotu. Na mieszkanie dostałem ładny pokoik w hotelu dla przyjezdnych, co pozwalało mi na korzystanie z lektury.
Praktyka miała na celu pogłębienie wiedzy o pracy na tokarce i poznanie nowszych metod organizacji pracy, co bardzo mi się później przydało. Głównym celem było przygotowanie mnie na rezerwowego, na wypadek przerwania pracy przez chorującego na cukrzycę majstra Wincentego Piotrowskiego.

Zakłady Paschalskiego nie były ciekawe. Organizacyjnie stały na niskim poziomie. Natomiast dużo można było zyskać w Radomiu. Dyrektor Graff miał duże zdolności organizacyjne i praktyczne. Przed wojną i przed rewolucją, a także podczas rewolucji był dyrektorem w fabryce parowozów w Kamienskoje (Dnieprodzierżyńsku) na Ukrainie.

Nowy zakład w Radomiu przyciągał dobrych fachowców i dawał dobre warunki. Miałem
dużo możliwości głębiej wniknąć w dziedziny, które mnie interesowały, co później było
mi potrzebne i co podwyższało moje kwalifikacje.Ale światowy kryzys nas nie ominął. Zbliżał
się milowymi krokami. Już go czuliśmy. Już było słychać, że tu i ówdzie jakiś zakład
skraca albo przerywa robotę. Już wiele zakładów przechodziło na trzy- albo czterodniowy
tydzień pracy. Czuliśmy, że to samo czeka i nasz zakład.

Twardowski bronił się. Zdecydował, że jeżeli będzie to niezbędne, ograniczy dni pracy,
ale zrobi wszystko, aby nie zmniejszać przez wiele lat dobieranej załogi.
Nie było zamówień. Robiliśmy po trzy dni w tygodniu, chociaż Twardowski przyjmował wszystko, co się dało — także nie z naszej specjalności.
Było źle i nasze kieszenie wiały pustką. Jednak nikt sam nie odchodził, bo i gdzie miał pójść?

Inżynier Twardowski także nie chciał się pozbywać rutynowanych wieloletnich pracowników,
z którymi nie miał kłopotów. Robił, co mógł, aby fabryka przetrwała. Dobrze sprawę
przemyślał i zdecydował, iż aby złagodzić skutki kryzysu i wykorzystać czas na wzmocnienie
parku maszynowego, zmontujemy pięć „Beryngerów”. Były jak na tamte lata nowoczesne,
wygodne i bardzo odpowiednie dla naszego profilu produkcji. Montaż obrabiarek
zaabsorbował całą załogę.

Twardowski wykorzystał kryzys i miał tokarki. Budowa tych tokarek ulżyła załodze
skutki kryzysu. Załoga miała dzięki nowym tokarkom lepsze warunki pracy. Pierwsze tokarki wyszły z montażu w 1931 roku, pozostałe — do 1934. Zacząłem pracować na trzeciej sztuce „Berygnera” w pierwszych dniach 1935 roku.

Twardowski planował montaż dalszych pięciu sztuk „Beryngerów”. Pięć kompletów
części — łoża, głowice i suporty — zezłomowano po upaństwowieniu.

Do nowych tokarek potrzebne były nowe narzędzia i przybory. Kupowano je lub robiono
we własnym zakresie.

Te same kryzysowe lata wykorzystano też na zorganizowanie pierwowzoru narzędziowni.
Takiej, jaka powinna być, a nie tylko wypożyczalni narzędzi. Pracował w niej wybitnie
i wszechstronnie uzdolniony ślusarz Edward Czerwiński, mając do pomocy Aleksandra
Karczewskiego.

Czerwiński zaczął pracę w 1920 roku. Był członkiem PPS-Lewicy, zesłańcem syberyjskim.
Znakomity ślusarz, jak się dawniej mówiło, wszelkiego autoramentu. Narzędziowy,
maszynowy i artystyczny. Dziełem jego rąk jest główka na pierwszym sztandarze partyjnym.
Miły w stosunkach koleżeńskich i uczynny dla innych.

Prawie cztery lata pracowaliśmy po 3-4 dni w tygodniu. Tylko na święta mieliśmy dodatki
świąteczne. Ciężko było, ale wytrzymaliśmy w stanie nieuszczuplonym.

Kryzys światowy do roku 1933 odczuwaliśmy bardzo dotkliwie. Po tak wielkiej ofierze
cierpień, jaką zmuszeni byli złożyć robotnicy na ołtarzu kapitalizmu, w każdego wstępowała
otucha i wiara, że może w niezbyt długim czasie uda się nadrobić straty kryzysem spowodowane.

Życie gospodarcze ożywiło się i zamówienia zaczęły napływać. Nasze zarobki powoli
szły do góry. Najlepsi tokarze zarabiali w latach 1936-1938 po 2,60-2,70 zł na godzinę.
Ja, jako młodszy jeszcze, zarabiałem 2,50 zł na godzinę.

I tu ciekawostka. Dobry tokarz, mający już powyżej 60 lat Teofil Fernik — pracujący
na maszynie większej, ale pracujący wolniej — zarabiał najwyżej 2,70 zł, a młody, ale bezsprzecznie prędszy, zarabiał tylko parę groszy mniej. Taka to była wtedy ocena długoletniej pracy. Nikt o to nie miał żalu. System dniówkowy obowiązywał aż do
upaństwowienia w 1950 roku.

W latach 1937-1938 zakład zaczął produkcję turbin parowych typu „Curtis” do napędu
pomp zasilających dla cukrowni. W tym kierunku specjalizował się młody wówczas inżynier
Wacław Twardowski. Roboty wchodziły coraz poważniejsze, a zakład wciąż nie mógł się zdobyć na opracowanie i wprowadzenie technologicznego systemu na obróbkę i montaż. Nie było żadnej dokumentacji. Rysunek konstrukcyjny stanowił pełną podstawę wykonawczą. Wykonanie opierało się na wysokich kwalifikacjach i odpowiedzialności moralnej załogi.

W miarę wzrostu produkcji rosły wymagania zarówno co do wielkości, jak i jakości
odlewów. Szczególnie żeliwnych korpusów i kierownic oraz wirników z brązu. Jeśli
chodzi o żeliwo, to zakład nasz od początku swego istnienia zaopatrywał się w odlewy
w przeważającej ilości w odlewni Ambrożewicza na ulicy Kolejowej. Odlewy te zawsze
były najlepszej jakości i w żądanym terminie dostarczane.

Zakład Władysława Ambrożewicza przy Kolejowej powstał w roku 1904. W roku 1910
został rozbudowany, a już po pierwszej wojnie produkowano tu miesięcznie od osiemdziesięciu do stu ton odlewów. Wydajność, jak widać, była mniejsza niż obecnie, ale była to produkcja drobniejsza i dlatego na te sto ton trzeba było 52 formierzy i 30 rdzeniarzy.
Samych praktykantów było 30, sił pomocniczych także 30.


Odlewnia Władysława Ambrożewicza przy ulicy Kolejowej była głównym dostawcą odlewów żeliwnych dla fabryki Twardowskiego.


Formierze razem z pomocnikami zalewali formy i razem je wybijali. Środkami transportu
były wyłącznie ręce ludzkie i taczki. Złom tłuczono ręcznie młotem. Później zainstalowano
podnoszoną „babę” — kafar. Ciężkie warunki pracy wytrzymywali tylko najsilniejsi. Warunki
socjalne były żadne: szatnia na gwoździu i mycie w kuble. Dobre zarobki osiągała nieliczna
grupa najlepiej wykwalifikowanych i najsilniejszych robotników. Pozostali — szczególnie
terminatorzy — wykorzystywani byli, jak się dało. Niektórzy z ówczesnych terminatorów do
niedawna jeszcze pracowali. Dziś są już emerytami. Na przykład Stanisław Jakubczyk czy
Marian Cieślak, którzy o tym opowiadają.


Formierz Marian Cieślak pracował w odlewni przy Kolejowej od 1958 do 1971 roku.


W okresie okupacji hitlerowskiej załoga odlewni — aby żyć — masowo produkowała artykuły dla ludności: piecyki, młynki, tarcze i inne przedmioty, zużywając na to cenne dla Niemców surowce. W roku 1940 odlewnia przeszła pod komisaryczny zarząd niemiecki i jako filia została włączona do zakładów Lilpopa. W roku 1944 zakład został zdewastowany i częściowo spalony. Po wyzwoleniu załoga zaczęła go oczyszczać i odbudowywać.

W roku1949 odlewnię upaństwowiono, a w 1955 stała się ona częścią składową Warszawskiej Fabryki Pomp. Od tego czasu rozpoczyna się okres stałej modernizacji odlewni i poprawy warunków pracy. Dużo zrobiono, ale jeszcze więcej do zrobienia pozostało, bo stare to i ciasne. Drogą usilnych starań i nakładów zdołano osiągnąć do dwóch tysięcy ton odlewów, a wymagania są jeszcze większe. Ale trzeba przyznać, że załoga jest twarda i ambitna.

Odlewy z brązu dostarczała zakładowi mała odlewnia na Pradze pod firmą Józef Dyjasiński.
Początek jej datuje się od roku 1920, kiedy to czterech odlewników zorganizowało
spółkę, zakładając małą odlewnię metali kolorowych w suterenie przy ulicy Nieporęckiej 4.
Produkcja była drobna: okucia, armatury, zameczki, ozdóbki itp. Byłem tam wiele razy albo
z zamówieniami, albo po odbiór. Warunki były bardzo uciążliwe — dom mieszkalny, protesty
mieszkańców.


Takie wirniki z łopatkami o krzywiźnie przestrzennej dostarczała fabryce Twardowskiego odlewnia Józefa Dyjasińskiego przy Mińskiej 38/40/

Takie wirniki z łopatkami o krzywiźnie przestrzennej dostarczała fabryce Twardowskiego odlewnia Józefa Dyjasińskiego przy Mińskiej 38/40.


Chwilowe przeniesienie odlewni na ulicę Sprzeczną 8 nie poprawiło sytuacji produkcyjnej.
Podjęto decyzję budowy nowej odlewni przy ul. Mińskiej 38/40. Warunki, aczkolwiek
nadal prymitywne, pozwalały już na rozszerzenie produkcji i zwiększenie wagi odlewów,
a o to też chodziło. W roku 1924 odlewnia rozpoczęła produkcję dla PZO, Twardowskiego,
„Peruna”, Składnicy Straży Pożarnych i innych odbiorców. Waga odlewów podniosła
się z dwustu gramów do przeszło trzydziestu kilogramów. Do najbardziej skomplikowanych
i trudnych należały wirniki dla Twardowskiego, szczególnie te z podwójnym skrętem łopatek
— później lano je dla WFP.

Około roku 1930 Józef Dyjasiński objął samodzielne kierownictwo odlewni, spłacając
wspólników. Wyposażenie było jeszcze skromne. Dwa piece dołowe wciąż nie mogły
zaspokoić potrzeb. Ogólny stan załogi odlewni w tym okresie wynosił szesnaście osób, w tym
czterech formierzy, trzech rdzeniarzy i trzech praktykantów.


Henryk Pierzchała przeszedł na emeryturę w 1973 roku po 44 latach pracy w odlewni.


W 1935 roku — jak opowiadają żyjący jeszcze Alfred Kuzka, pracujący od 1927 roku,
i Henryk Pierzchała, pracujący od 1929 roku — dobudowano dwa nowe piece tyglowe i zainstalowano piaskownicę. Procesy topienia brązu i zalewania form były bardzo uciążliwe i wymagały wielkiej rutyny. Takim rutyniarzem był znakomity fachowiec pan Antoni Rakowski. Pracował wiele lat jeszcze przed wojną i ładnych kilka lat po wojnie.


Alfred Kuzka rozpoczynał pracę w odlewni Dyjasińskiego w 1927 roku, przeszedł na emeryturę w 1970 roku.


Po 1935 roku stan załogi odlewni na Mińskiej zwiększył się do 21 osób. W okresie drugiej wojny odlewnia oddawała wielkie usługi ludności, produkując masowo odlewy młynków do zboża i detale do remontowanych maszyn młyńskich i innych.

W 1951 roku odlewnię przejęły Stołeczne Odlewnie Metali Nieżelaznych przy ulicy Grzybowskiej 25. W 1955 roku odlewnia została przejęta przez Warszawską Fabrykę Pomp. Nastąpiły, co prawda, pewne  usprawnienia, ale szczupłość terenu nie pozwalała na rozbudowę  w takim zakresie, jaki dla WFP był niezbędny.

Nie było także właściwych warunków dla załogi. Odlewnię z Mińskiej przeniesiono do odlewni żeliwa na Kolejową, gdzie zajęła pomieszczenie po modelarni.

Poza tymi odlewniami Twardowski współpracował także w niewielkim stopniu z odlewnią
braci Jarkowskich. Ze względu na inny profil produkcyjny jej odlewy nie miały tych
walorów, co odlewy Ambrożewicza.

Po trudnym okresie modernizacji zakład otworzył sobie piękną prostą drogę do dalszego
rozwoju. Cukrownie, które w latach 1928-1938 w swej większości pracowały na trakcji
elektrycznej, masowo domagały się ulepszonych typów pomp do buraków. Krochmalnie
domagały się pomp do kartofli.

Na pompy czekały urządzenia komunalne: filtry w Warszawie, wodociągi we Lwowie, Wilnie, Katowicach, Maczkach, kanalizacja w Warszawie, melioracje na Pomorzu, elektrownie: Ostrołęka, Adamów i wiele innych. Masowo wychodziły od nas pompy głębinowe, pompy śmigłowe typu PR, pompy dzielone typu BD-30 i inne.


 

Pompy z fabryki Twardowskiego zainstalowane w wodociągach miejskich we Lwowie.


Niezależnie od naszych prac pompowych obdarowani zostaliśmy robotami na   potrzeby armii. Ładna to była robota, ciekawa i precyzyjna: pompki hydrauliczne do nabijania pod wysokim ciśnieniem komór oliwnych, amortyzacyjnych w armatach. Zadanie — wzmocnienie hamowania lufy przy wystrzale — zostało wykonane dobrze i wojsko nie miało zastrzeżeń. Obrabiałem korpusiki tych pomp i dużo przy nich pracowałem. Nie wiem, jak duże było to zamówienie, ale przez moje ręce przewinęło się około dwustu sztuk.


Przekrój pompy głębinowej skonstruowanej i wyprodukowanej w fabryce Twardowskiego

Przekrój pompy głębinowej skonstruowanej i wyprodukowanej w fabryce Twardowskiego.


Zaczynając tę robotę, składaliśmy przyrzeczenie zachowania tajemnicy państwowej. Z przyjemnością robiliśmy pompki, ale był to dla nas sygnał, że zbliża się wojna. Wszyscy to czuliśmy. Nie zdążyliśmy wykonać całego wojskowego zamówienia, część detali pozostała i została schowana. Jeszcze w okresie przedwojennym w całej pełni zajaśniała gwiazda konstruktorska Szczepana Łazarkiewicza. Wciąż w pompach szukał czegoś nowego. Jego praca i wartość przerastała miarę zakładu. Był znany i lubiany. Ale zakład to nie tylko Łazarkiewicz. Załoga składała się z wysokiej klasy fachowców: tokarzy, ślusarzy i monterów.

Aktualne stało się hasło: dobry zespół daje dobrą robotę. Fabryka produkowała pompy dobre, toteż popyt na nie był coraz większy. Pod koniec trzeciego dziesięciolecia — w dobrych latach 1935-1938 — stan liczebny załogi zwiększył się do 72 osób. W tym ostatnim okresie przed drugą wojną przekrój polityczny i społeczny załogi był bardzo szeroki. Można było znaleźć tu prawie wszystkich. Byli marksiści, ideowi wyznawcy tego światopoglądu, członkowie Komunistycznej Partii Polski. Wśród nich byli: Edward Czerwiński — zesłaniec syberyjski za 1905 rok, Zygmunt Raimers — też zesłaniec syberyjski, Franciszek Ziarkowski — wychowanek Powiśla, Bonifacy Stolarkiewicz — wychowanek ulicy Brzeskiej.

Mieliśmy większą grupę Polskiej Partii Socjalistycznej- Lewicy, a w niej takich pracowników, jak: Stefan Święcki, Zygmunt Ryziński, Henryk Mondszajn, Henryk Stanisławski, Feliks Jaśkiewicz i inni.


Szczepan Łazarkiewicz – genialny konstruktor i tytan pracy.


Trzeba jednak przyznać, że chociaż było to po przewrocie majowym, to sympatyków sanacji była znikoma ilość, a na warsztacie wcale. W całej załodze nie było ani jednego członka bądź sympatyka sanacyjnej PPS Jaworowskiego.

Nie było też sytuacji antagonistycznych w sprawach politycznych. Nie mieliśmy nigdy sprzeciwu odnośnie świętowania 1 Maja. Właściciel rozumiał, że jest to nasz robotniczy obowiązek. Do wyzwolenia w zakładzie nie było żadnego życia organizacyjnego jawnego bądź niejawnego. Ale skład załogi, choć niezupełnie politycznie jednolity, w swej większości był jednak lewicowy, a nawet skrajnie lewicowy. Trzon załogi stanowiła grupa wypróbowanych bojowników o cele klasy robotniczej: Józef Raczko, Edward Czerwiński, Zygmunt Raimers, Zygmunt Ryziński, Henryk Stanisławski, Feliks Jaśkiewicz, Bonifacy Stolarkiewicz, Wojciech Zalewski, Franciszek Ziarkowski, Henryk Mondszajn. To była reprezentacja załogi, która — gdy zachodziła potrzeba — przedstawiała stanowisko tejże załogi. W takim środowisku urabiały się poglądy Józefa Krasnodębskiego i moje.


Tokarz Franciszek Ziarkowski – jeden z pierwszych pracowników przyjętych przez Twardowskiego do fabryki przy Grochowskiej.


Ludzi, którzy mogli służyć młodym pracownikom dobrym przykładem, było wielu, bo załoga była dobierana. Jeżeli młody chciał nad sobą popracować, to na pewno wyrósł na życzliwego, uczynnego, umiejącego współżyć w gromadzie, rozwijającego w sobie walory godności osobistej i kultury ogólnej i zawodowej. Atmosfera i współżycie międzyludzkie były dobre.

I tak doczekaliśmy trzeciego jubileuszu zakładu.

Rok 1938. Trzydzieści lat zakładu w ogóle, a dwadzieścia — na Grochowskiej. Znów lekko
zakrapiana uroczystość jubileuszowa i znów fotografia, która także zachowała się.

Ogólnie należy przyznać, że stosunki między właścicielem a załogą od początku układały się poprawnie. Przypadki nacisku załogi kończyły się zawsze obustronnym porozumieniem. Najczęściej dotyczyło to płac w okresach załamań gospodarczych i kryzysów finansowych, na przykład kryzysu 1929–1933. W biurze pracowało dziewiętnaście osób.

Podstawowymi działami produkcyjnymi były: obróbka mechaniczna, montaż oraz modelarnia. Park maszynowy zorganizowany przed wojną przetrwał okupację, a straty nastąpiły w 1944 roku.

W latach 30. Zakłady Mechaniczne inż. Stefana Twardowskiego rozpoczęły produkcję pomp śmigłowych typu PR

W latach 30. Zakłady Mechaniczne inż. Stefana Twardowskiego rozpoczęły produkcję pomp śmigłowych typu PR.